J. Busino Duże - VI 2008

I znowu, po latach, parę dni spędzonych nad Businem. Z nadziejami, że coś się wędkarsko poprawiło, że wszystko jest jak dawniej. Już tyle lat... Nie dowiary, ale właśnie mija chyba 30 lat od czasu, kiedy byłem tam pierwszy raz. Zawsze pod namiotem, zawsze w północno-zachodniej części, z której na "pierwszą" górkę trzeba było ze 20-30 minut pontonem płynąć. I ileż niezapomnianych emocji. Najpierw - już samo pakowanie do auta (dużego fiata, poloneza... ;-) pobudzało wyobraźnię. Wielki ponton z demobilu, wędziska, namiot... A potem frapująca podróż, wówczas dla mnie - jak na koniec świata. No i ta jazda kilometrami przez las, pogłębiająca wrażenie odludności, bycia w miejscu specjalnym, nie tuzinkowym. No, ale przede wszystkim - emocje wędkarskie... Godziny i dnie całe spędzane na "leszczowisku" przy północnym brzegu. Z jednej strony pontonu - zestawy leszczowe, z drugiej - "żywcówki" na szczupaka. I z obu stron się działo, oj z obu... Albo "wyspa" podwodna - najczęściej "pierwsza", z rzadka - bo daleko i blisko poligonu - "druga". Te szczupaki na nich i okonie... Trudno to wszystko zliczyć, te przygody, wrażenia. Może kiedyś warto to zebrać?
A potem, po politycznym i gospodarczym przełomie, pojawił się Dzierżawca. I wszystko się zmieniło. Wyniki połowów były coraz gorsze i gorsze. Nowoczesne sieci i sprawne załogi zrobiły swoje... Kiedyś, w ciągu tygodnia spinningowania w słabym przecież okresie roku, bo w lipcu lub sierpniu rzeczą normalną, zwyczajną było złowienie dziesięciu szczupaków wymiarowych (w tym 2-3 kg) i 10-20 "kajtków". Potem, pod koniec lat 90. łowiło się już 2-3 porządne szczupaki na tydzień. W ciągu ostatnich lat, już w XXI wieku, w ciągu tygodnia czy kilku dni nie łowiliśmy już żadnego wymiarowego szczupaka...
Ostatni pobyt potwierdził ten zatrważający trend: po kilka 20-40cm szczupaczków, troszkę okoni i to wszystko. I cisza na wodzie... Wymowna cisza. Brak "strzałów" szczupaków na górkach czy w trzcinach (to już od dawna zauważaliśmy), brak spławiania się dużych leszczy, brak cmokania linów i ogólny "brak". Tylko okonie harcowały trochę na górce. To smutne, jak jedna ekipa rybacka może "zamordować" ichtiofaunę sporego przecież jeziora. Wyjeżdżaliśmy stamtąd z poczuciem ogromnego żalu, wywołanego kontrastem dwóch światów: tego "nad wodą" i tego "pod wodą". Pierwszy świat cudowny: dziekie brzegi, brak "infrastruktury", urozmaicona linia brzegowa, stanowiska lęgowe żurawi, bekasa kszyka i innych gatunków ptaków. Drugi świat, świat ryb - smutnie ubogi. Czy naprawdę tak musi być, że człowiekowi wolno zrobić wszystko z ichtiofauną dzierżawionego przez siebie zbiornika??


Powered by